Dziś restrukturyzacja to nie akt desperacji, lecz rozsądna decyzja biznesowa. Zamiast traktować ją jako wstydliwe przyznanie się do porażki, coraz więcej menedżerów widzi w niej narzędzie strategicznego zarządzania ryzykiem. Błąd wielu zarządów polega na tym, że utożsamiają kryzys dopiero z momentem niewypłacalności, gdy firma nie jest w stanie regulować swoich wymagalnych zobowiązań. Tymczasem prawo rozróżnia także stan zagrożenia niewypłacalnością, który pojawia się dużo wcześniej. Utrata kluczowego kontraktu, zatory płatnicze u klientów, pogorszenie relacji z bankiem, problemy z utrzymaniem płynności to sygnały ostrzegawcze. Właśnie wtedy warto działać, bo później okno możliwości może się po prostu zamknąć.

Czy deregulacja nie utonie w morzu pomysłów? „Lepiej przeprowadzać ją planowo, niż szybko”
Z punktu widzenia Kamili Dyły, doradczyni restrukturyzacyjnej i radczyni prawnej w kancelarii Haśkiewicz Dyła Restrukturyzacje Upadłości, jedną z bardziej oczekiwanych zmian było zlikwidowanie przepisu niosącego za sobą groźbę karą więzienia za spóźniony wniosek o upadłość, który miał chronić wierzycieli i dyscyplinować zarządy. Zamiast tego stał się prawnym reliktem, symbolem nieskuteczności i iluzorycznej prewencji. — To nie rewolucja, ale racjonalny krok w stronę dojrzałego prawa gospodarczego, które zamiast fikcyjnych sankcji stawia na realną odpowiedzialność cywilną i skuteczną ochronę obrotu. To dobra wiadomość zarówno dla wierzycieli, jak i menedżerów, którzy nie będą już karani za próbę ratowania firm — podkreśla radczyni. — Rażąca nieskuteczność nie wynikała z bierności organów ścigania, ale z fundamentalnych wad samej regulacji. Udowodnienie menedżerowi umyślności, czyli tego, że świadomie i z premedytacją zaniechał złożenia wniosku, graniczyło z cudem — dodaje.




